Z ks. Markiem Dziewieckim, autorem książki pt. „Zwykłym językiem o niezwykłym chrześcijaństwie”, rozmawia Magdalena Korzekwa



W książce pod tytułem „Zwykłym językiem o niezwykłym chrześcijaństwie”(Salwator, Kraków 2007) pisze Ksiądz, iż jedynym źródłem cierpienia nie jest Bóg, lecz człowiek, a także to, że Bóg nikomu nie zsyła niezawinionego, ani zawinionego cierpienia. Druga prawda wiary mówi: „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”. Czy przeczy Ksiądz prawdzie wiary?


Nigdy bym się nie odważył przeczyć prawdom wiary, które w chrześcijaństwie objawia sam Bóg! To Bóg ma rację, a nie człowiek! Zdaję sobie natomiast sprawę z tego, że każda prawda wiary wymaga komentarza i wyjaśnienia. Niemal wszystkie sformułowania prawd wiary są skrótem myślowym. A każdy skrót myślowy może wprowadzać w błąd wtedy, gdy skrót ten uznamy za całą prawdę. Klasycznym przykładem w tym względzie jest twierdzenie, że „zbawienie przyszło przez krzyż”. Tymczasem zbawienie nie przyszło przez krzyż, lecz przez Boga, który jest Miłością. Krzyż jest wymysłem człowieka, a zbawia jedynie Bóg. Zbawia nie przez to, że cierpi lecz przez to, że nas kocha i uczy kochać niezależnie od ceny, jaką przyjdzie Mu za to zapłacić. Zbawienie przychodzi zawsze przez Boga, a krzyż Chrystusa jest dla nas niezwykle ważny dlatego, że jest miejscem i znakiem, przez który Bóg objawił nam miłość w sposób przekraczający wszelkie nasze oczekiwania.


Podobnie skrótem myślowym jest przytoczone przez Ciebie sformułowanie, że „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”. Wyrażenie to odwołuje się jeszcze do sformułowań ze Starego Testamentu, a zatem zanim jeszcze Bóg przyszedł do nas osobiście w ludzkiej naturze, żeby potwierdzić, iż kocha nas nieodwołalnie i bezwarunkowo. Także wtedy, gdy jesteśmy jeszcze grzesznikami. Dzięki słowom i czynom Jezusa wiemy o tym, że Bóg przynosi nam miłość, prawdę i radość. Wszystko inne pochodzi od nas — ludzi. To, co popularnie nazywamy karą, w sensie ścisłym jest naturalną i nieuniknioną konsekwencją naszych błędnych zachowań. Jeśli ktoś się nie uczy solidnie, to otrzymane przez niego jedynki w szkole nie są karą od Boga lecz naturalną konsekwencją lenistwa. Jeśli ktoś nadużywa alkoholu czy zdradza małżonka, to choroba alkoholowa czy AIDS nie jest karą za grzechy, lecz naturalną konsekwencją błędów i grzechów, które popełnia dany człowiek.


Bóg nie karze nas nie tylko dlatego, że jest miłością lecz także dlatego, że jest mądrością. W swej mądrości Stwórca „wbudował” w nasze czyny ich naturalne konsekwencje. Gdy ktoś z nas kocha, wtedy naturalną konsekwencją jest radość i świętość, a gdy ktoś z nas błądzi, wtedy naturalną konsekwencją jest niepokój, lęk, wyrzuty sumienia, a czasem także określone choroby czy inne bolesne skutki. Tylko w relacjach międzyludzkich potrzebna jest czasem kara w sensie ścisłym, gdy na przykład sąd skazuje złodzieja na kilka lat więzienia za kradzież pieniędzy, których złodziej ten nie chce oddać czy które już wydał. W relacji Boga do człowieka nie ma potrzeby tego typu kary, gdyż Bóg w swej mądrości w tak mądry sposób urządził świat, że nikt z nas nie ucieknie przed konsekwencjami własnych czynów. Najsprytniejszy nawet złodziej nie ukradnie spokojnego snu człowiekowi sprawiedliwemu. Bóg i w doczesności, i w wieczności objawia nam prawdę o naszych czynach i o ich konsekwencjach. Ale objawianie takiej prawdy nie jest karaniem ani nagradzaniem, lecz odsłanianiem prawdy. Jeśli nauczyciele wywieszają na szkolnej tablicy ogłoszeń nazwiska najlepszych uczniów, to nie wyróżniają tych uczniów, lecz jedynie nie ukrywają faktu, że uczniowie ci sami się wyróżniają. Podobnie jeśli nauczyciele usuwają jakiegoś ucznia ze szkoły, to go nie karzą, lecz jedynie nie ukrywają prawdy o tym, że uczeń ten łamie zasady regulaminu, których respektowanie jest przecież warunkiem uczęszczania do danej szkoły.


W sensie ścisłym Bóg kieruje do nas tylko jedno przykazanie w formie przestrogi oraz jedno przykazanie w formie zaproszenia. Przykazanie — przestroga brzmi: nie krzywdź! Nie krzywdź ani samego siebie, ani innych ludzi. Z kolei przykazanie — zaproszenie — brzmi: kochaj! Kochaj Boga nade wszystko, kochaj dojrzale samego siebie i podobnie kochaj ludzi, których spotykasz. Bóg dał nam nie tylko prawdziwe życie ale też prawdziwą wolność i pozostawia nam prawdziwe konsekwencje naszych decyzji. Na początku historii Stwórca kieruje do nas słowa, które ratują nam życie: „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy. (...). Kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie” (Pwt 30, 15-16.19).


Nikt nie ucieknie przed konsekwencjami własnych zachowań. Jednak w tak precyzyjny sposób potrafimy wyrażać tę prawdę wiary dopiero w naszych czasach. Dopiero w naszych czasach mamy pełną świadomość tego, że każdy z nas rozstrzyga o swoim losie doczesnym i wiecznym poprzez swoje sposoby postępowania. Bóg jest sędzią w tym sensie, że w Jego obliczu nie będziemy już w stanie oszukiwać samych siebie co do skutków naszych decyzji i czynów — dobrych lub złych. Największa naiwność i najbardziej drastyczna forma oszukiwania samego siebie to przekonanie, że człowiek może uciec od bolesnych konsekwencji popełnianych przez siebie błędów i grzechów. Bóg nie wprowadza nas w błąd i dlatego nie czyni cudów, by nas ratować przed konsekwencjami naszych błędów. On jest mądrym przyjacielem i dlatego chce nas ratować przed błędami i grzechami a nie jedynie przed nieuchronnymi konsekwencjami tychże błędów czy grzechów. Syn Boży przyszedł osobiście do nas nie po to, by nas karać lecz po to, by szukać i ratować tych wszystkich, którzy grzeszą i się źle mają. I to jest Radosna Nowina oraz ostateczne przezwyciężenie lęków Adama i innych grzeszników, którzy chowają się przed Bogiem wtedy, gdy najbardziej Go potrzebują.


I jeszcze jedna uwaga. Także wtedy, gdybyśmy przyjęli w wersji syntetycznej prawdę, iż Bóg karze nas w sensie dosłownym, zsyłając określone sankcje za nasze błędy, to i tak nie moglibyśmy twierdzić, że Bóg zsyła nam cierpienie, gdyż także i w tym przypadku nasze cierpienie nie pochodziłoby od Boga, lecz byłoby konsekwencją naszych własnych złych czynów. Twierdzenie, że Bóg, który jest Miłością, nie zadaje nam cierpienia, z pewnością nie jest sprzeczne z żadną prawdą wiary chrześcijańskiej!


Cytując Biblię (np. powyższy cytat z Pwt) czy dokumenty Kościoła, zawsze może Ksiądz stwierdzić, że dane zdanie to tylko skrót myślowy i wyjaśniać ten „skrót” w sposób, który zupełnie przeczy znaczeniu, jakie powszechnie mu się nadaje. Czy to nie jest „sztuczka” stosowana po to, by przekonać Czytelnika do własnych racji, które być może są sprzeczne z Ewangelią?


Dla każdego trzeźwo myślącego człowieka jest rzeczą oczywistą, że syntetyczne wypowiedzi na temat prawd wiary z konieczności są skrótem myślowym i że wymagają one wyjaśnienia w szerszym kontekście znaczeniowym. Wymagają tego nawet najbardziej zdawałoby się oczywiste sformułowania, na przykład podstawowa prawda wiary, że jest jeden Bóg. Także tu każde słowo wymaga długiego komentarza. Przecież słowo „jest” inaczej odnosi się do kamienia, rośliny czy zwierzęcia, inaczej do człowieka a jeszcze inaczej do Boga. Podobnie słowo „jeden” w odniesieniu do Boga oznacza wspólnotę Osób o tej samej naturze a nie Boga jako jednej, osamotnionej Osoby. Wreszcie słowo „Bóg” jest tak bogate w treść, że żadne opasłe tomy z teologii i filozofii nie uwzględniają całego bogactwa tego pojęcia, a tym bardziej całego bogactwa Boga. Dogmatycy, czyli specjaliści od prawd wiary, uświadamiają nam jeszcze jeden ważny fakt, a mianowicie to, że formułowanie prawd wiary dokonywało się najczęściej w kontekście zwalczania określonych błędów czy herezji. Łatwo wtedy o przejaskrawienie pewnego aspektu prawdy wiary kosztem pozostałych aspektów.


Gdy w moich publikacjach wyjaśniam określone skróty myślowe, jakimi są w istocie sformułowania prawd wiary, wtedy czynię to, czego oczekuje ode mnie Kościół i co czyni każdy duszpasterz, a mianowicie konfrontuję samego siebie, moje myślenie i moje postępowanie z niezmierzonym bogactwem Ewangelii, z której można i trzeba wydobywać coraz to precyzyjniej Bożą naukę, wypływając na coraz większą głębię konkretów. Naprawdę zaczynamy rozumieć chrześcijaństwo i nim się zachwycać dopiero wtedy, gdy z płycizny ogólników przechodzimy właśnie na głębię konkretów. Ateiści i cynicy próbują zredukować chrześcijaństwo do „zakrystii” a nieudolni chrześcijanie próbują zredukować chrześcijaństwo do pobożności. Tymczasem prawdziwe chrześcijaństwo to najbardziej szlachetny i błogosławiony, a przez to też najbardziej skomplikowany sposób odnoszenia się do twardej rzeczywistości tej ziemi. To Boża sztuka życia w doczesności.


Z powyższych względów wyjaśnianie skrótów, jakimi są sformułowania poszczególnych prawd wiary, nie jest jakąś „sztuczką”, ale wypływaniem na głębię. Natomiast rolą Czytelnika jest bardzo uważne i krytyczne sprawdzanie, czy dane wyjaśnianie dokładnie odpowiada prawdom, jakie Jezus zawarł w swych słowach i czynach. Pragnę podkreślić to, że — wyjaśniając prawdy wiary - zwykle odwołujemy się do jedynie słów Jezusa, natomiast rzadko odwołujemy się do Jego czynów, na przykład do faktu, że Jezus wyrażał miłość w bardzo zróżnicowany sposób, w zależności od postawy spotykanych osób. Ludzi szlachetnych umacniał, błądzących upominał a faryzeuszów i krzywdzicieli demaskował aż tak stanowczo, że postanowili Go zabić. Dla przykładu, Jezus nigdzie nie sformułował wprost zasady: To, ze kocham Ciebie, nie daje Ci prawa, byś mnie krzywdził. Jednak to właśnie On uczy nas tej zasady, gdyż stosował ją w praktyce wtedy, gdy bronił krzywdzonych czy gdy bronił samego siebie przed żołnierzem, który uderzył Go w twarz. Kościół świetnie zrozumiał tę zasadę wynikającą z zachowań Jezusa i dlatego daje nam prawo do skutecznej obrony przed krzywdzicielem aż do separacji małżeńskiej włącznie i do wojny obronnej przeciw najeźdźcy włącznie.


Zauważam jeszcze jeden powodów tego, że niektórzy Czytelnicy moich książek bywają zdziwieni, a czasem nawet zupełnie zaskoczeni. Bierze się to nie tylko z tego, że staram się szczegółowo wyjaśniać całościowe — a przez to zwykle złożone i skomplikowane - znaczenie danych prawd wiary, ale także z tego, że często piszę o tych aspektach chrześcijaństwa, które są ważne a o których zwykle rzadko mówimy w ramach homilii, rekolekcji czy katechez. Dla przykładu, dużo mówimy o tym, by kochać Boga i bliźniego. Rzadziej natomiast mówimy o tym, że Bóg poleca nam też kochać samych siebie. Równie rzadko analizujemy zasady okazywania miłości wobec ludzi, którzy nie kochają nas ani nawet samych siebie. W wyjaśnianiu prawd wiary najważniejszy jest całościowy kontekst, jakim jest miłość Boga do człowieka w całej historii zbawienia. Jeśli pamiętamy o podstawowej prawdzie wiary, czyli o tym, że każdego z nas Bóg kocha nieodwołalnie i mądrze, że zostawia nam prawdziwą wolność i że naprawdę respektuje nasze decyzje oraz ich konsekwencje, wtedy mamy szanse w prawidłowy sposób zrozumieć wszystkie inne prawdy wiary.


Chciałabym nawiązać teraz do ostatniej myśli Księdza, czyli do otwierania oczu. W swej książce stwierdza Ksiądz, że do zrozumienia Ewangelii potrzebne są między innymi takie właśnie otwarte oczy. Jak łączyć otwartość z wiernością wobec niezmiennych wartości?


W książce stwierdzam to, co stwierdza Jezus, a mianowicie, że jest wielu takich ludzi, którzy mają oczy, a nie widzą i którzy mają uszy, a nie słyszą. Bóg jest nie tylko miłością lecz także prawdą i przychodzi do nas po to, by uczyć nas czytania prawdy o rzeczywistości. On dosłownie otwiera nam oczy i dodaje odwagi, by rozumieć. Oczy wystarczą bowiem tylko do tego, by coś widzieć, ale rozumienie świata i człowieka wymaga odwagi szukania prawdy i mierzenia się w wymaganiami, jakie ta prawda stawia.


Żyjemy w cywilizacji, zwanej ponowoczesnością, która promuje tchórzostwo wobec twardej rzeczywistości i tchórzostwo wobec prawdy. Otwartość na rzeczywistość to najpewniejszy sposób odkrywania trwałych wartości! Zasadność tych wartości wynika właśnie z lektury rzeczywistości! Dla przykładu, tylko człowiek o oczach otwartych na rzeczywistość i uczciwy w myśleniu może odkryć oczywistą przecież prawdę o tym, że na tej ziemi mamy do wyboru albo łatwe nieszczęście (”róbcie, co chcecie!”), albo trudne szczęście poprzez trwanie w miłości. Im bardziej jesteśmy otwarci na rzeczywistość, na fakty, na dane statystyczne, na wiedzę o człowieku, tym bardziej upewniamy się o tym, że niezmienne wartości (miłość, prawda, odpowiedzialność, uczciwość, itd.) nie są wynikiem naszych wymysłów czy naszej „pobożności”, lecz że są rezultatem życia w świecie faktów a nie w świecie szalenie groźnych subiektywnych przekonań, które prowadzą zwykle człowieka do oszukiwania samego siebie.


W książce pt. „Zwykłym językiem i niezwykłym chrześcijaństwie”, a także w wielu swoich artykułach podkreśla Ksiądz to, że chrześcijaństwo nie jest ideologią. Słownik PWN mówi, iż „ideologia to całokształt haseł i poglądów jakiegoś kierunku (...). Pogląd na świat.” Co w chrześcijaństwie przeczy takiej definicji?


Wszystko! Otóż ideologie są dziełem człowieka, są wytworem jego umysłu. Są wytworem jego lęków, nadziei czy (czasem zupełnie naiwnych lub zaburzonych!) wyobrażeń. Tymczasem chrześcijaństwo to zdumiewający i zaskakujący nas owoc objawienia się Boga. Bóg Biblii zupełnie nas zaskakuje! Nikt z ludzi nie byłby w stanie wymyślić Boga, który do nas przychodzi chociaż wie, że Go zabijemy! Nikt z nas nie jest w stanie wymyślić Boga, który uczy nas tak niesamowicie mądrej miłości, jak czyni to Chrystus, który ludzi szlachetnych wspierał, ludzi błądzących upominał a krzywdzicieli i cyników demaskował tak stanowczo i skutecznie, że postanowili Go zabić. Nikt z nas nie wymyśliłby Boga, który ze strachu poci się krwią w Ogrójcu i który na krzyżu buntuje się przeciw własnemu Ojcu.


Inne religie, a także wszystkie ideologie, są wymysłem człowieka. Z reguły są wytworem mężczyzn, gdyż kobiety są zwykle bardziej radykalnie związane z twardą rzeczywistością. Łatwo zdemaskować ideologie i religie wytworzone przez mężczyzn. Łatwo choćby dlatego, że wypaczają one cechy i rolę kobiety w społeczeństwie. Przykładem może być tu choćby Koran, który traktuje kobiety jako ludzi niższego rzędu. Niektórzy dorabiają „poprawne” politycznie ideologie do istniejących już religii czy ideologii po to, by wmówić sobie i innym, że te religie czy ideologie mówią coś innego niż mówią. Przykładem w tym względzie jest tekst Agaty Marek (www.wiez.com.pl/islam/index.php?id=12), która — wbrew faktom — stwierdza, że „według Koranu mężczyzna i kobieta są sobie równi”, a następnie przytacza fakty, które przeczą jej ideologicznie przyjętej tezie. Autorka bowiem przyznaje, że „Koran uznaje kobietę za istotę bezbronną i potrzebującą wsparcia, dlatego w islamie kobieta ma swego opiekuna — mężczyznę. Opieka mężczyzny daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa, lecz faktycznie dzieje się to kosztem wolności i możliwości samodzielnego wyboru drogi życiowej. Islam dopuszcza kary cielesne w stosunku do żony, ale zaleca traktować je jako ostateczność. Zastrzega się, że w żadnym razie mężczyzna nie powinien bić żony na tyle mocno, by miała ślady owego bicia na ciele.”


Chrześcijaństwo nie ma tego tupu potrzeby ideologicznego manipulowania treściami, które głosi, gdyż to, co Bóg objawił nam na temat rzeczywistości, precyzyjnie tę rzeczywistość opisuje! Chrześcijaństwo uwalnia człowieka od ideologii, gdyż prowadzi nas na spotkanie z Tym, który jest samym sercem rzeczywistości! Chrześcijanin nie potrzebuje żadnych poglądów ani światopoglądów, gdyż Chrystus objawił nam precyzyjnie wiedzę na temat sztuki życia w tej twardej, doczesnej rzeczywistości. Dojrzały chrześcijanin nie potrzebuje poglądów, gdyż zna nieomylne słowa i czyny Jezusa. Wie też, że ten, kto ma inne zdanie niż Kościół Chrystusowy, ten ma inne zdanie niż Bóg a nie jedynie inne zdanie niż Kościół.


Warto uświadomić sobie zaskakujący fakt, że najbardziej podatni na toksyczne ideologie nie są analfabeci lecz ludzie wykształceni, którym brakuje mądrości. Klasycznym przykładem w tym względzie jest wielu europejskich intelektualistów i profesorów z różnych dziedzin nauki, którzy od kilkudziesięciu lat ze zdumiewającą naiwnością są zauroczeni ideologią marksizmu i komunizmu. Publiczne pochwalenie Hitlera choćby za to, że zwalczał bezrobocie i budował drogi, spotyka się z natychmiastowym oburzeniem intelektualistów. Ale ci sami oburzeni „mędrcy” z uporem maniaka usiłują wykazać, ile to „dobra” uczynili najwięksi zbrodniarze w dziejach ludzkości, czyli Lenin czy Salin.


Zachwyca mnie realizm chrześcijaństwa. Ten realizm, którym Bóg nas obdarował i którym uodpornił nas na wszelkie ideologie, widać najbardziej w realizmie miłości, której uczy nas Stwórca. Jezus jest nie tylko szczytem dobroci, ale też szczytem mądrości. On nie uczy nas miłości ideologicznej, czyli wprawdzie wzruszającej ale oderwanej od realiów człowieka i jego natury. Bóg uczy nas miłości realistycznej, czyli wyrażanej w sposób dostosowany do zachowania konkretnego człowieka. Właśnie dlatego uczy nas kochać wszystkich spotykanych ludzi, ale wyrażać tę miłość w sposób zindywidualizowany, czego On sam jest najlepszym wzorem. To właśnie Bóg chroni nas przed wszystkimi ideologiami, które mylą miłość z pożądaniem i seksem, z uczuciem i zakochaniem, z tolerancją, akceptacją, „wolnymi związkami” czy też z naiwnością. Chrystus uczy nas wiązać się osobiście z tymi, którzy też kochają i stanowczo bronić się przed tymi, którzy próbują nas krzywdzić. W swym realizmie Chrystus uczy nas bronić się także przed samym sobą, przed własną słabością, naiwnością i grzesznością.


Współczesny humanizm i ateizm okazuje się wyjątkowo naiwną ideologią, która w drastyczny sposób wypacza rzeczywistości człowieka. Ateizm zupełnie neguje zasadę przyczynowości w odniesieniu do pochodzenia człowieka. Neguje bowiem oczywisty fakt, że gdyby pochodzenie człowieka redukowało się do pochodzenia jego ciała, to nikt z nas nie potrafiłby myśleć, kochać czy podejmować wolnych i odpowiedzialnych decyzji, gdyż tego typu działania nie mieszczą się w możliwościach ciała. Biblia objawia nam tak precyzyjnie prawdę o człowieku, o naszej wielkości i zagrożeniach, którym podlegamy, że współczesne nauki o człowieku przy prawdach biblijnych okazują się wyjątkowo naiwne i zredukowane, oparte na ideologicznych i archaicznych mitach, zwłaszcza na naiwnej wierze w to, że człowiek własną mocą odróżni dobro od zła i że będzie jak Bóg. Niezwykłość oraz zdumiewający realizm chrześcijaństwa świetnie rozumieją współcześni ateiści i cynicy, gdyż nie boją się oni religii wymyślonych przez człowieka, natomiast ze skrajną nietolerancją i agresją odnoszą się właśnie do chrześcijaństwa. Każdy bowiem, kto boi się twardej rzeczywistości oraz prawdy o samym sobie i własnym postępowaniu, będzie bał się Chrystusa i będzie usiłował z Nim walczyć. Chrystofobia jest cechą wszystkich ideologów tej ziemi.


„Dojrzały chrześcijanin nie potrzebuje poglądów, gdyż zna nieomylne słowa i czyny Jezusa” — w tym stwierdzeniu zawarł Ksiądz jednak swój pogląd, opinię. Czyżby był Ksiądz w stanie empirycznie udowodnić, że wszystko to, co mówi i czyni Jezus, jest nieomylne?


Jestem absolutnie pewien tego, że Jezus ma rację we wszystkim, czego mnie uczy! Nie mam tu najmniejszej wątpliwości, gdyż moje osobiste życie i życie tysięcy ludzi, którym towarzyszę w radościach i cierpieniach, to potwierdza. Im bardziej słuchamy Jezusa, tym większa jest nasza mądrość i dobroć, tym czujemy się bardziej kochani i bezpieczni. I tym większą widzimy różnicę między naszym sposobem życia a sposobem życia tych, którzy łamią zasady Ewangelii. Ludzie, którzy wierzą, że mądrzejsze są inne sposoby życia niż te, których uczy Chrystus, wpadają w uzależnienia, drastycznie krzywdzą siebie i swoich bliskich, doprowadzają samych siebie do rozpaczy, chorób psychicznych i samobójstw.


Światowa Organizacja Zdrowia podała w tym roku niepokojące dane statystyczne. Otóż w Europie aż 25 procent ludzi aż tak bardzo nie radzi sobie z życiem, że potrzebuje intensywnej pomocy psychospołecznej. Im bardziej Europejczycy odchodzą od racji Jezusa, tym bardziej oddalają się od szczęścia. To są fakty empiryczne. Pytasz, czy potrafię te fakty empiryczne udowodnić. Oczywiście, że potrafię, choćby pokazując - na przykład - statystyki nieszczęść i chorób wenerycznych wśród ludzi, którzy nie kierują się zasadami Jezusa. Inną sprawą jest natomiast to, czy współcześni ludzie, zwłaszcza ci, którzy odchodzą od Chrystusa, czy którzy wręcz kpią sobie z Jego nauki, mają odwagę żyć w świecie faktów. Najczęściej niestety nie! Tacy ludzie nie tylko nie przyjmują oczywistych racji Jezusa, ale też takich oczywistych faktów, jak to, że piwo to alkohol, czy że antykoncepcja hormonalna niszczy zdrowie. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy sami producenci antykoncepcji w dołączonej ulotce wymieniają kilkadziesiąt drastycznych skutków zatruwania organizmu zbędnymi hormonami. Im bardziej krzywdzi ktoś siebie i innych ludzi, tym bardziej ucieka od rzeczywistości i tym większym okazuje się tchórzem wobec prawdy. Zwykle dopiero dramatyczne cierpienie otwiera ludziom oczy na empiryczny fakt, że nikt nie nauczy nas bardziej błogosławionej sztuki życia niż Chrystus.


Czy wierzy Ksiądz w przypadki?


To zależy o jakie rozumienie słowa „przypadek” chodzi. Warto strzec się naiwności, która polega na poddawaniu się skrajnościom. Skrajność pierwsza to przekonanie, że Bóg wszystkim i wszystkimi steruje „ręcznie”. Gdyby tak było, to bylibyśmy jedynie marionetkami, bezwolnymi i nieświadomymi pionkami na szachownicy Boga. Skrajność druga to równie naiwna wiara w to, że wszystko, co dzieje się we mnie i wokół mnie, jest kwestią przypadku. Rzeczywistość — także w przypadku przypadku! — jest o wiele bardziej skomplikowana.


Bóg obdarzył nas prawdziwą wolnością, z którą wiąże się prawdziwa zdolność do autonomicznego działania i prawdziwa odpowiedzialność. Naszymi decyzjami wpływamy —pozytywnie lub negatywnie — nie tylko na własny los — ale też na los innych ludzi. Czasem także na los tych, których nigdy osobiście nie spotkamy! Dla przykładu, jakaś skorumpowana ekipa budowlana może wadliwie skonstruować budynek i w konsekwencji doprowadzić do śmierci wielu osób. Przypadki są możliwe w tym znaczeniu, że ktoś czekał na autobus akurat na tym przystanku, na który wjechał pijany kierowca. Nie było natomiast dziełem przypadku to, że ów pijany człowiek zasiadł za kierownicą. To była logiczna konsekwencja jego nieodpowiedzialnego i zaburzonego stylu życia.


Nie jest kwestią przypadku to, w jaki sposób postępuje dany człowiek. Nasze postępowanie jest zależne zwłaszcza od rodzaju więzi, jakie budujemy oraz od rodzaju wartości, jakie stawiamy na straży tych naszych więzi. Właśnie dlatego nie jest czymś przypadkowym to, że egoiści mają genialną intuicję w wyszukiwaniu sobie ofiar, z którymi się wiążą, by żyć kosztem tychże ofiar. Podobnie nie jest przypadkiem to, że dany uczeń wiąże się z kolegami, którzy sięgają po alkohol czy którzy kradną, podczas gdy jego rodzony brat wiąże się z ministrantami czy z harcerzami. Nie jest sprawą przypadku to, że kogoś interesuje alkohol, narkotyk czy pornografia a kogoś innego interesuje przyjaźń, literatura i szachy. Przypadkowe może być spotkanie danego człowieka na ulicy, na plaży czy na korytarzu szkolnym. Z całą natomiast pewnością nie jest sprawą przypadku to, co dalej będzie się działo między osobami, które się przypadkowo spotkały i czy w ogóle dojdzie do kolejnych spotkań. To już zależy od nieprzypadkowych postaw obydwu stron. Właśnie dlatego niektóre przypadkowe spotkania przemieniają się w radosną przyjaźń na całe życie, a inne przypadkowe spotkania prowadzą do krzywd, dramatów i cierpienia.


Wiele razy w przypadku jakiejś tragedii ludzie mówią, iż „tak miało być”. Pisze Ksiądz, że Bóg Czy to oznacza, że Bóg w ogóle nie wpływa na to, co dzieje się z nami w doczesności?


Niestety także wśród chrześcijan spotykamy sporo „pobożnych” powiedzeń, które są zupełnie błędne. Chyba najbardziej klasyczne z nich to powiedzenie, że „kogo Pan Bóg kocha, temu krzyże zsyła”. Powiedzenie to jest podwójnie błędne. Po pierwsze, sugeruje ono, że Bóg nie wszystkich ludzi kocha. Po drugie, zakłada, że Bóg zsyła krzyże tym, których kocha. Tymczasem Bóg zsyła nam jedynie swojego Syna, który jest miłością i prawdą. Chrystus nie przyszedł po to, by nasze krzyże i cierpienia były większe lecz po to, by nasza radość była pełna. Podobnie błędne jest przekonanie, że „tak miało być”. Tego typu słowa wypowiadamy zwykle wtedy, gdy nam lub komuś z bliskich stanie się jakaś krzywda. Pośrednio sugerujemy wtedy, że „tak miało być” znaczy, że tak chciał Bóg. Zauważmy, że wtedy, gdy wydarza się w naszym życiu coś dobrego i radosnego, nie mówimy zwykle, że tak miało być, lecz jesteśmy świadomi tego, że to wynik naszej pozytywnej postawy.


W swej fantazji miłości Bóg czyni wszystko, co tylko możliwe, aby nam pomóc tak postępować, by w naszym życiu dominowała prawda, miłość i radość. Pamiętajmy o tym, że Bóg używa swej wszechmocy na sposób zgodny z zasadami miłości, gdyż On jest Miłością. Właśnie dlatego poprzez naszą świadomość i nasze sumienie pomaga nam najbardziej, jak tylko to jest możliwe, ale nie łamie naszej wolności. Respektowanie naszych decyzji i naszej autonomii jest dla Boga nieprzekraczalną granicą udzielania nam pomocy. Bóg nigdy nie zniewala! Jezus będzie wszystkim ludziom wszystkich czasów powtarzał zaproszenie do tego, by kochać, jak On. Ale też wszystkim ludziom zostawia wolność: „Jeśli chcesz...”.


Czy może Ksiądz podać kryteria, wg których powinno się odróżniać to, co mówi do nas Bóg od własnych myśli i przekonań?


Postawiłaś ogromnie ważne i ogromnie trudne pytanie! Jest dla nas kwestią życiową ważną, by nie pomylić i nie pomieszać tego, co Bóg do nas mówi, od tego, co sami sobie mówimy, a zwłaszcza od tego, co mówi nam nasze ciało, popędy, instynkty lub emocje. Sądzę, że najbardziej pewne kryteria odróżnienia woli Boga od naszej woli, to... zaskoczenie i niepewność. Otóż to, co nam Bóg objawia w ważnych dla nas sprawach, zwykle nas zaskakuje. Zwykle też powątpiewamy w to, czy dobrze odczytaliśmy wolę Bożą i znaki czasu. Najlepszym potwierdzeniem jest postawa Maryi, która wobec słów Boga wyraża zdumienie, zaskoczenie, niepewność, wątpliwość. Boję się tych ludzi, którzy twierdzą, że świetnie znają wolę Bożą w odniesieniu do ich życia i którzy nie mają wątpliwości ani pytań w tym względzie. Im bardziej czuję się przez Boga kochany i im bardziej Mu ufam, tym śmielej stawiam Mu kolejne pytania i tym odważniej dzielę się z Nim moimi wątpliwościami. Ale też tym szybciej doświadczam chwili, w której nie mam już wątpliwości, co jest wolą Bożą.


Jeszcze jedno ważne kryterium odróżniania woli Boga od naszych przekonań to fakt, że to, co proponuje Bóg, jest zwykle trudniejsze i bardziej wymagające niż to, co sami sobie proponujemy. Ale też przynosi radość, jakiej ten świat ani dać, ani zabrać nam nie może! Oczywiście pierwszym, najprostszym i najpewniejszym kryterium w szukaniu Bożej woli to zgodność naszych myśli, przekonań i decyzji z zasadami Ewangelii, a także owoce, jakie przynosi nasz sposób postępowania.


Leszek Kołakowski pisze „Unieruchomienie czasu w realnościach mitycznych próbują niezgrabnie ująć pozytywne doktryny religijne; (...) gdy przypisują swoim obrzędom sens taki, iż obrzędy te nie mają być zwyczajnie pamiątką lub wizerunkiem wtórnym, kopią czy przypomnieniem mitycznego wydarzenia, ale jego powtórzeniem realnym (współczesność Chrystusa i dogmat przeistoczenia w mitologii chrześcijańskiej).” Proszę, żeby odniósł się Ksiądz do tej wypowiedzi oraz wyjaśnił, czym jest zatem przeistoczenie?


Cenię sobie prof. L. Kołakowskiego za wiele aspektów jego filozoficznej myśli, między innymi za to, że stanowczo stwierdza, iż tolerancja nie może być uznana za największą wartość. Natomiast cytowane przez Ciebie stwierdzenie jest przejawem myślenia jeszcze w kategoriach marksistowskiej filozofii religii. Marksizm jest w tym aspekcie wyrazem wiary ateistów w to, że wszystko, co ponadmaterialne, jest mitem. Marksizm utożsamia religie z mitami i traktuje wszystkie religie jako równoważne, sam stając się karykaturą religii. Nie tylko marksizm ma problem z interpretowaniem chrześcijaństwa. Podobny problem ma każdy system filozoficzny, który nie uwzględnia absolutnej wyjątkowości i niepowtarzalności chrześcijaństwa.


Twoje pytanie dotyczy zwłaszcza zmartwychwstania i Eucharystii. Fakty historyczne dowodzą tego, że największej wiary wymaga odrzucenie... wiary w zmartwychwstanie Jezusa. Kto bowiem odrzuca wiarę w tę podstawową prawdę chrześcijaństwa, ten musi uwierzyć w coś zupełnie niewiarygodnego. Musi mianowicie uwierzyć w to, że rozczarowani Jezusem i kompletnie zastraszeni apostołowie nagle i przypadkowo wpadli na pomysł, by „ożywić” Jezusa i odważnie — nawet za cenę życia — głosić światu to, że spotkali Zmartwychwstałego, że z Nim jedli i pili i że On zapytał ich o miłość.


Ten, który powrócił do Apostołów, by ich zapytać o miłość i by ich posłać z misją miłości, przychodzi do nas w każdej Eucharystii w tym samym celu: byśmy upewniali się, że nas kocha i byśmy uczyli się od Niego kochać. Zmartwychwstałego Jezusa z trudem rozpoznawali Jego właśni uczniowie. Być może gdyby postronny obserwator był wtedy z nimi w Wieczerniku, nikogo by nie zauważył. W spotkaniu ze Zmartwychwstałym nie chodzi bowiem o widzenie ciała lecz o widzenie Przyjaciela! Przemieniony chleb i woda to rodzaj zewnętrznego ubrania, w jakim Zmartwychwstały Jezus jest obecny dla nas w Eucharystii. To potwierdzenie i znak, że jest On tutaj cały (ciało i krew jest w języku biblijnym synonimem całego człowieka) i że jest naszym pokarmem, podobnie jak kochająca mama karmi sobą własne dziecko. Eucharystia nie jest rytem czy wspominaniem historii lecz tajemnicą spotkania tu i teraz Tego, który kocha, z tymi, którzy uczą się od Niego podobnej miłości. To taka forma spotkania człowieka z Bogiem, której nie mógłby wymyślić nikt z nas. Chrystus w Eucharystii nie jest relikwią lecz Żywą Osobą!


Na zakończenie proszę, żeby powiedział Ksiądz Czytelnikom tym, jakie jest Księdza największe marzenie?


Moim największym marzeniem jest oczywiście spełnianie marzeń Boga, bo wtedy zaczyna się niebo na ziemi. A Bóg marzy o tym, żebyśmy wszyscy - Ty, ja i nasi Czytelnicy! — stawali się świętymi, czyli podobnymi do Niego. Prawdziwy rozwój ludzkości ma miejsce wtedy, gdy kolejne pokolenia świętych są bardziej podobne do Jezusa niż poprzednie. Święty to ktoś, kim fascynują się ludzie szlachetni i kogo boja się cynicy. To ktoś, kto odkrywa, że każdy człowiek jest Bożym arcydziełem. Świętość to najpiękniejsza normalność i najbardziej radosny sposób istnienia na ziemi.


Warunkiem świętości jest kierowanie się zasadami Ewangelii w twardej rzeczywistości. Właśnie dlatego marzę o tym, by współcześni ludzie — dorośli i młodzi — już nigdy więcej nie ulegali ideologiom, które są tym groźniejsze, im milej brzmią oraz im łatwiejsze szczęście obiecują. W świecie ideologii, jedyne, co prawdziwe, to cierpienie. Rozwój, świętość i radość można osiągnąć tylko w twardej rzeczywistości. Święty to realista, który od Boga uczy się błogosławionego sposobu istnienia na ziemi, która dla ludzi nieświętych wydaje się doliną łez i ciemności.


Serdecznie dziękuję Księdzu za książkę pt. „Zwykłym językiem o niezwykłym chrześcijaństwie” oraz za rozmowę! A także za to, że chętnie mówi Ksiądz o Bożych marzeniach.


źródło













góra  strony...





Dorota Kuryło